Od czasu, gdy moja konferansjerska praca nabrała rozpędu, coraz częściej jestem pytany o możliwość poprowadzenia warsztatów public speaking. Jak mówić, by inni nas słuchali? Jak zdobyć uznanie publiczności? Jak pokonać tremę? To pytania, na które odpowiadam z przyjemnością.
Podczas zajęć z występów publicznych skupiam się na uczestnikach. Sugeruję, by grupa nie liczyła więcej niż osiem osób, bo dzięki temu czas udaje się wykorzystać najbardziej efektywnie. Wszyscy jesteśmy na „ty”, by nie stresować się dodatkowo sytuacją, która i bez tego może być stresującą.
Namawiam bowiem grupę do próbnej wersji ich wystąpienia – choćby najbardziej spontanicznej, improwizowanej. Nie tyle chodzi o treść, co o formę. Jeżeli pokonają obawę przed wystąpieniem dla ludzi, z którymi na co dzień pracują, jest spora szansa, że to „właściwe” wystąpienie (przed dużą publicznością) będzie choć nieco mniej onieśmielające.
Zawsze przy takich okazjach podkreślam, że 99% widzów, jakich mamy przed sobą, gdy coś prezentujemy, jest nam przychylnych. Wydaje się naturalnym, że ludzie, którzy przyszli na jakiś wykład, konferencję albo galę, zrobiło to z własnej (i dobrej) woli. Nikt nie chce dobrowolnie tracić czasu – a skoro motywacja jest wewnętrzna, liczy na dobre doznania. Tak właśnie tłumaczę powód, dla którego moim zdaniem, większość widzów dobrze nam życzy.
Moje szkolenia z wystąpień publicznych są mocno nastawione na praktykę. „Przygotuj 5-minutowe wystąpienie o czymś, co lubisz” – tak ogólną prośbę przedstawiłem pracownikom jednej z korporacji branży HORECA, na tydzień przed zaplanowanymi warsztatami. Okazało się to dobrym posunięciem – zwłaszcza dla osób, które dotąd przed publicznością nie występowały.
Podczas wystąpień, które nagrywałem własną kamerą (a po zajęciach wysłałem każdemu z uczestników na prywatnego maila jego video), dowiedziałem się sporo o festiwalu w Jarocinie, kupowaniu psa i związanych z tym trudnościach, ale i o piramidach w Egipcie (które zdaniem mówiącego nie mogły zostać zbudowane przez człowieka).
Jestem zdania, że ważna jest naturalna ekspresja człowieka. Dlatego raczej odradzałbym głębokie ingerowanie w to, jak ktoś mówi. Warto dopracować pewne aspekty, ale nie tworzyć osobę „na nowo”. W autentyczności jest moc.
Dobrym tego przykładem jest Maciej Orłoś, znany dziennikarz telewizyjny, który w swojej książce przyznaje, że ludzie najczęściej są ciekawi tego, jaki jest w życiu prywatnym. Czy równie elegancki i subtelny? A może ordynarny i przesadnie pewien siebie? Autor przekonuje, że łatwiej jest być kulturalnym na co dzień, bo wówczas nikt nie poczuje się nieswojo podczas „mającej sprawić dobre wrażenie” chwili na scenie. Choć obycia scenicznego da się nauczyć, kindersztubę wynosi się z domu!
W książce pana Orłosia bardzo podoba mi się porównanie umiejętności przemawiania na scenie do prowadzenia samochodu. Dziennikarz przypomina, z jak dużą trudnością kiedyś uczyliśmy się tego, by w odpowiednim momencie puścić sprzęgło, a za chwilę dodać gazu. Do tego jeszcze konieczność obserwowania drogi i innych uczestników ruchu! Z czasem jednak człowiek nabiera wprawy. Jak przekonuje Maciej Orłoś, z czasem nie tylko doskonale prowadzimy auto, ale i możemy jednocześnie słuchać radia lub rozmawiać z pasażerem. Z wystąpieniami publicznymi jest tak samo – praktyka czyni mistrza.
A propos praktyki – coś mi mówi, że przy odrobinie szczęścia znów będę trenerem wystąpień publicznych. Do zobaczenia!